ELEKTROWNIA MŁOTY

Elektrownie tego typu to bardzo osobliwe urządzenia, bo w bilansie swojego działania tak naprawdę pochłaniają energie
a nie ją produkują. Elektrownia szczytowo-pompowa składa się z dwóch zbiorników położonych jeden wyżej drugiego.
Połączonych ze sobą tzw. derywacjami, są to rurociągi o dużej średnicy za pomocą których zespoły potężnych pomp
wpompowują miliony metrów sześciennych wody z dolnego zbiornika do górnego. Następnie woda wraca z powrotem do
dolnego zbiornika przepływając po drodze przez zespoły turbinowe gdzie wytwarzany jest prąd. Niestety ten proces
generuje dosyć znaczne straty, ponieważ w wyniku spuszczania wody odzyskuje się zaledwie 70% energii, którą była
potrzebna do jej pompowania. Można by więc uznać że pomysł budowy takich obiektów jest niedorzeczny, nic bardziej
mylnego. Otóż elektrownie szczytowo-pompowe są bardzo skutecznymi akumulatorami o ogromnej pojemności i działają
w połączeniu z elektrowniami które mają okresowe nadwyżki mocy (zwłaszcza elektrownie cieplne). Nadwyżka mocy,
przepadłaby bezpowrotnie, gdyby nie została zmagazynowana przez elektrownie szczytowo-pompową. Energia
gromadzona jest w nocy, ponieważ właśnie wtedy z racji mniejszego zapotrzebowania na energie elektryczną powstają tego
typu nadwyżki, a uwalniana w dzień zmniejszając dodatkowo przeciążenie sieci.

Pomysł budowy elektrowni szczytowo pompowej we wsi Młoty koło Bystrzycy Kłodzkiej powstał w 1968r. Wtedy to
inżynier Krzysztof Januszewicz dostał polecenie aby na terenie Sudetów znaleźć miejsce pod budowę tego typu obiektu, o
lokalizacji zdecydowało ukształtowanie terenu okolic Młotów. W tym momencie ruszyły prace nad projektem, zakładano moc
750 megawatów, była by to największą tego typu elektrownia w Polsce. Dolinę Bystrzycy miała przeciąć tama o wysokości
80m i rozpiętości w koronie 240m, w ten sposób powstałby dolny zbiornik elektrowni o pojemności prawie 12 milionów
metrów sześciennych. Górny zbiornik miał powstać na szczycie Zamkowej Kopy (784 m.n.p.m), w tym celu planowano ściąć

wierzchołek góry o około 30m. Oba zbiorniki miały łączyć trzy
podziemne derywacje o długości 800m każda a różnica poziomów
pomiędzy wlotem i wylotem każdego z tuneli wyniosłaby 260m.
Pierwsze prace zaczęły się w 1972 roku, rozpoczęto budowę zaplecza
technicznego dla budowy i drążenie pierwszych sztolni badawczych.
Tego typu prace przygotowawcze z przerwami ślimaczyły się aż do
1979 roku, kiedy to w lutym rada ministrów podjęła decyzje o
zintensyfikowaniu robót. Od tej chwili budowa ruszyła z kopyta,
rozpoczęto drążenie sztolni technicznej łączącej ze sobą wszystkie
wyrobiska w jedną całość a także drążenie trzech nitek derywacyjnych.
Jednak ożywienie nie trwało zbyt długo, bo już w 1981 roku w wyniku
załamania się polskiej gospodarki prace na budowie elektrowni stanęły.
Do tego czasu gotowa była już sztolnia techniczna a także sztolnia pierścieniowa, prace przy drążeniu derywacji były
ukończone w około 60%. Gotowy i już wykończony był też tunel obiegowy o długości około 500m wydrążony na przeciwnym
zboczu doliny, którym planowano skierować wody Bystrzycy podczas budowy tamy. Jak pokazały kolejne lata nie był to tylko
kolejny chwilowy przestój, budowę przerwano na dobre...

My w okolicy Młotów pojawiliśmy się na przełomie listopada i grudnia 2008 roku. Jak tylko dojeżdża się to miejscowości
od razu po prawej stronie drogi rzucają się w oczy przypominające wejście do bunkra atomowego żelbetowe wyloty sztolni

obiegowej. Po wejściu do środka boczną odnogą techniczną naszym
oczom ukazał się główny tunel przypominający betonową rurę o średnicy
około 4m. W połowie wysokości korytarza znajduje się
charakterystyczny próg, prawdopodobnie na nim miała się opierać
posadzka przedzielająca tunel na dwa poziomy: dolny gdzie miała
płynąć woda i górny, po którym mogli się poruszać ludzie. Po około
500m docieramy do rozwidlenia, w lewo odbija odnoga która po
kilkudziesięciu metrach kończy się wylotem tunelu. Natomiast korytarz
na wprost tuż za rozwidleniem traci obudowę betonową i dalej jest
zabezpieczony tymczasową obudową stalową typu ŁP. Po
kilkudziesięciu metrach chodnik kończy się ścianą z pustaków, ciekaw
jestem, czemu w taki sposób odcięto dalszą część wyrobiska? Ta
sztolnia prawdopodobnie po za funkcją koryta dla Bystrzycy podczas budowy tamy, miała być też już po zakończeniu
budowy awaryjnym kanałem spustowym wody ze zbiornika. To częste rozwiązania przy dużych zaporach, chroni ono
konstrukcje tamy przed nadwerężeniem w czasie zrzucania wody np. w wypadku przepełnienia zbiornika podczas powodzi.
Już na zewnątrz po chwili odpoczynku kierujemy się w stronę Zamkowej Kopy z nadzieją odnalezienia w gęstym lesie
wejścia do podziemnego kompleksu elektrowni. Po żmudnych poszukiwaniach udało nam się odnaleźć wylot jednej z
upadowych, w środku chodnik ma obudowę typu ŁP i po paru pierwszych metrach zaczyna stromo opadać pod kątem około

45 stopni. Po kilkudziesięciu metrach upadowa łączy się z poziomo
biegnącym tunelem, ten korytarz robi naprawdę duże wrażenie. Ma on
około 4m wysokości i 5m szerokości, jeszcze nigdy nie spotkałem się
ze sztolnią o tak dużym przekroju. Korytarze zostały tak zaprojektowane
żeby urobek mogły spokojnie wywozić duże samochody ciężarowe, daje
to pojęcie z jak wielkim rozmachem prowadzono tę budowę. Wyrobiska
w tej okolicy są zabezpieczone obudową tymczasową zbudowaną ze
stalowych łuków połączonych ze sobą betonowymi bloczkami.
Następnie docieramy do pierwszej komory turbozespołu, jest to
olbrzymia hala o wysokości około 8m i podobnej szerokości. Idąc dalej
na wprost znaleźlibyśmy się w zasadniczej części jednej z nitek
derywacyjnych, my jednak skracamy w prawo w stronę sztolni
technicznej. Łączy ona ze sobą wszystkie derywacje na wysokości hal turbozespołów a dalej prowadzi do komory pomp i
głównej upadowej. Po dotarciu do zachodniej nitki derywacyjnej i zbadaniu pozostałych odnóg kierujemy się nią do góry,
korytarz wznosi się łagodnie aż po około 250m docieramy do rozwidlenia. Tunel na wprost zaczyna stromo piąć się w górę i
po kilkudziesięciu metrach kończy się przodkiem. My skręcamy w chodnik po prawej - jest to sztolnia pierścieniowa,
wyrobisko technologiczne w kształcie pierścienia wybudowane bezpośrednio pod tunelami derywacyjnymi i połączenie z
każdym z nich szybikiem. Tymi właśnie szybikami zsypywany był urobek na podjeżdżające pod specjalne dozowniki

ciężarówki. Na końcu pierścienia znajduje się wschodni tunel
derywacyjny, ta nitka jako jedyna jest w zaawansowanym stadium
budowy i niewiele brakuje do jej ukończenia. Z tego miejsca tunel w
jedną stronę pnie się stromo do góry pod kątem około 45 stopni,
natomiast w drugą stronę opada łagodnie do komory turbozespołu. My
jednak decydujemy się na wspinaczkę, na spągu stromego wyrobiska
znajdują się szerokie tory, jest to prowadnica tzw. "ślizgu". Był to dość
duży wagonik służący do usuwania urobku, wciągany na szczyt chodnika
za pomocą stalowej liny. Z prawej strony tunelu pną się w górę wąskie
schodki i magistrale wysokociśnieniowe. Po kilkudziesięciu metrach
mijamy wylot szybiku zsypowego i pozostawioną na torach cysternę (?),
w dalszej części korytarza ma miejsce duży wypływ wody ze stropu.
Spadające gęsto krople generują bardzo intensywny szum, to w połączeniu z wystającymi na około fragmentami stalowych
zbrojeń i rdzawymi zaciekami na betonowych ścianach buduje bardzo specyficzny klimat rodem z gier serii Silent Hill.
W strugach ulewnego deszczu docieramy do pierwszej tamy tarasującej wyrobisko, została ona wybudowana już po
wstrzymaniu budowy i ma na celu zatrzymać ewentualną lawinę skalną, która mogłaby powstać w tak stromym chodniku.
Bez problemu pokonujemy przeszkodę za pomocą zainstalowanej tam drabiny i w tym momencie kończy się betonowa
obudowa tunelu, a jego przekrój przybiera kształt prostokąta o wysokości 2m i szerokości około 4m. Tak wygląda wstępna
faza drążenia derywacji, wspinamy się dalej w górę mijając po drodze jeszcze dwie zapory zabezpieczające. Za ostatnią z
nich chodnik na długości kilku metrów osiąga docelową wielkość, by po chwili powrócić do prostokątnego przekroju. Od
miejsca gdzie znajdowała się pierwsza tama wyrobisko cały czas ma obudowę zbudowaną ze stalowych prefabrykatów i
betonowych bloczków. Wreszcie po kolejnych kilkuset metrach docieramy do przodka, tą odnogę można chyba tylko
porównać do podziemnego Month Everest. Po zdobyciu tego szczytu możemy spokojnie skierować się najkrótszą drogą do
wyjścia, podczas naszej wyprawy udało się spenetrować ponad 2 km wyrobisk o deniwelacji około 170m.

Trzeba przypomnieć, że pomimo upływu prawie 30 lat od wstrzymania prac nad budową elektrowni projekt wcale nie
pozostał porzucony. Na dowód tego mogę powiedzieć, że w podziemiach bez przerwy działa stacja pomp, która
odpompowuje wodę z obiektu zapobiegając jego zalaniu. Nieustannie podejmowane są próby wznowienia budowy, jednak
obawiam się że to, co wybudowano dotychczas w Młotach już na zawsze pozostanie jedynie monumentalnym pomnikiem
minionego burzliwego ustroju.

Aust

©Aust 2009