TUNEL KOLEJOWY POD MASYWEM WOŁOWCA

Schlesische Gebirgsbahn czyli Śląska Kolej Górska, jej budowa rozpoczęła się w 1865 roku i było to niezwykle ambitne
a zarazem karkołomne jak na owe czasy przedsięwzięcie Pruskich Kolei Królewskich. Linia kolejowa którą docelowo
zamierzano połączyć Zgorzelec z Wałbrzychem i Kłodzkiem miała przecinać w wzdłuż praktycznie całe Sudety. Górska
rzeźba terenu niezwykle utrudnia realizacje podobnych inwestycji, z racji tego że pociągi nie są w stanie pokonywać
znacznych pochyłości to w takim terenie konieczna jest budowa licznych nasypów, wiaduktów czy tuneli. Infrastruktura tego
typu jest bardzo kosztowna i znacznie zwiększa czas budowy, jednak rozbudowa sieci kolejowej była w owym czasie bardzo
ważna dla Prus. Wiązała się ona z realizacją głównych celów państwa polegających na budowie potęgi gospodarczej
poprzez rozwój przemysłu ciężkiego, który bez kolei nie mógł wtedy praktycznie istnieć. Najpierw powstał odcinek łączący
Zgorzelec z Jelenia góra i Wałbrzychem, jego budowa zakończyła się w 1867 roku, tak więc przeszło 140 km linii kolejowej
powstało w zaledwie 2 lata(!). Na kontynuacje przedsięwzięcia zdecydowano się dopiero po upływie prawie dekady, prace
przy odcinku linii mającej połączyć Wałbrzych z Nową Rudą i Kłodzkiem rozpoczęto dopiero w 1876 roku. Mimo że
planowano tu tor o długości zaledwie 51km teren, w którym miał on przebiegać był znacznie trudniejszy. Budowniczy byli
zmuszeni wykonać tutaj 8 wiaduktów, 2 mosty i 3 tunele o łącznej długości 3150m w tym najdłuższy na całej trasie tunel pod
Wołowcem Małym o długości 1601m. Ostatecznie budowę zakończono w październiku 1880 roku, jednak nie był to koniec
historii tego przedsięwzięcia. Pierwotnie linia powstała jako jednotorowa jednak z biegiem lat jej przepustowość okazała

się niewystarczająca i w latach 1907-1912 na odcinku z
Wałbrzycha do Kłodzka ułożono drugi tor. Podczas tych
prac najwięcej trudności przysporzyły tunele kolejowe
które były jednotorowe, ten problem postanowiono
rozwiązać poprzez wydrążenie siostrzanych tuneli
równolegle do tych już istniejących. Podobnie postąpiono
w przypadku tunelu pod Wołowcem, obecnie składa się
on z dwóch jednotorowych, prostych nitek
przebiegających od siebie w odległości około 20m.
Budowę pierwszej z nich rozpoczęto w sierpniu 1876
roku, prace prowadzono równolegle od strony
Wałbrzycha i Jedliny drążąc dwie sztolnie na zbicie. Do
ich połączenia doszło w lutym 1879 roku, wyrobisko
początkowo z obu stron przecięło warstwy skał
osadowych jednak jego główna część powstała w
wytrzymałych porfirach, z których w znacznej części
zbudowany jest Masyw Wołowca (plan nr 1). Dodatkowo
w połowie długości tunelu powstał szyb wentylacyjny o
głębokości około 100m z zabudowaną klatką schodową,
miał on za zadanie odprowadzać spaliny podczas
przejazdu pociągu i służyć jako droga ucieczkowa. Tunel ma przekrój eliptyczny o wymiarach około 4,5 x 5,5m a jego
obudowę stanowią głównie bloki piaskowca. Jako ciekawostkę można dodać, że od zewnętrznej strony obudowa jest
szczelnie pokryta warstwą blachy ołowianej która izoluje ją od nawodnionego górotworu. Druga, północna nitka powstała na
początku XX w. podczas przebudowy linii na dwutorową. Jest to budowla bardzo podobna do pierwszej z tą różnica, że jako
obudowę tunelu stosowano tutaj przeważnie cegłę klinkierową. Ponadto oba tunele połączono w centralnej części kilkoma
poprzecznymi chodnikami (do dziś drożne pozostały trzy z nich) w celu ułatwienia wentylacji.

Kolejną i zarazem chyba najciekawszą kartę w historii tego obiektu zapisano w czasie
II wojny światowej. Z racji tego że pod ziemią znajdował się już rozległy system
połączonych ze sobą wyrobisk, który posiadał w sumie aż pięć niezależnych wejść. Tunel
kolejowy pod Włowcem stał się idealnym dla Niemców miejscem do ulokowania tam
schronu dla pociągów specjalnych. Nie zachowała się żadna dokumentacja z tego
przedsięwzięcia jednak świadczy o nim skala wykonanych prac. W odległości 345m od
wylotu południowego (starszego) tunelu od strony Wałbrzycha na odcinku 108m usunięto
oryginalną obudowę z bloków piaskowcowych a sam tunel poszerzono. W tak
przygotowanym wyrobisku postawiono bardzo masywną obudowę z żelbetonu - jego
grubość sięga tutaj około 1,5m. Świadczy o tym głębokość kanałów rewizyjnych systemu
odwodnienia, które przecinają potężne betonowe ściany. Jeżeli strop jest podobnej
grubości to zanim wyrobisko zostało obetonowane hala schronu musiała mieć przekrój
rzędu 9 x 8m(!). W ten sposób przygotowany obiekt miał zapewnić bezpieczeństwo
dygnitarzom III Rzeszy a także strategicznym transportom kolejowym w czasie
ewentualnego nalotu. Bezpośrednio po wojnie podejrzewano że w tunelu zostały
ulokowane jeszcze inne wojskowe instalacje jednak nie udało się natknąć na żadne ślady
mogące świadczyć o ich istnieniu. Wiele lat później światło dzienne ujrzały niemieckie
dokumenty, które wiązały z lokalizacją w Masywie Wołowca tajną centrale telefoniczną o
kryptonimie S-3 "Rüdiger". Najciekawszą częścią tej dokumentacji jest mapka na której znajdują się trzy okręgi - dwa
mniejsze wewnątrz dużego, mniejsze okręgi wskazują lokalizacje obiektów związanych z węzłem łączności "Rüdiger".
Pierwsza lokalizacja to rejon tunelu kolejowego pod Przełęczą Kowarską natomiast druga to okolica tunelu kolejowego pod
Masywem Wołowca. Nawet biorąc poprawkę na to że mapa jest małej skali byłoby wyjątkowym zbiegiem okoliczności,
jeśliby w dwóch przypadkach omyłkowo wskazała akurat lokalizacje tuneli kolejowych. Jednak mimo tak mocnej przesłanki
bardzo ciężko było odnaleźć w terenie jakiekolwiek ślady tego obiektu. Największy sukces w tej dziedzinie udało się

osiągnąć grupie badawczej "Troll". W sierpniu 1996 roku na zachodnim
stoku Małego Wołowca, kilkaset metrów od wylotu tunelu kolejowego,
kolegom z tej że grupy udało się zlokalizować a następnie udrożnić wylot
bardzo interesującego wyrobiska. Była to zamknięta solidnymi
stalowymi drzwiami sztolnia długości 40m, zakończoną komorą w spągu
której znajdował się wylot zalanego szybu o średnicy około 1,8m.
Odkrycie to było niemałą sensacją w środowisku eksploracyjnym,
tajemniczy zalany szyb w bezpośrednim sąsiedztwie tunelu kolejowego,
gdzie miał się znajdować obiekt o kryptonimie S-3 "Rüdiger" rodził
jednoznaczne skojarzenia. Czy jednak prowadził do podziemnej centrali
telefonicznej? Dzięki znacznym wsparciu również zaangażowanego w tę
sprawę Wojtka Stojaka grupa "Troll" podjęła się dalszych prac
eksploracyjnych w obrębie sztolni, w tym próby zbadania szybu z pomocą nurków. Jednak podczas nurkowania okazało się
że na głębokości około 15m szyb jest zatarasowany i niżej zejść się nie da. Sprawa znów stanęła w martwym punkcje na
wiele lat.

Z biegiem czasu tym tematem zainteresowaliśmy się również i my w SGE, jednak rozwiązanie tej zagadki było nie
małym wyzwaniem. Jak pokazały wcześniejsze próby nurek w szybie nie jest w stanie wiele zdziałać, woda mąci się bardzo
szybko i o przebieraniu zatoru powstałego z belek i rumoszu niema mowy. Jedynym wyjściem wydawało się osuszenie

szybu i oczyszczenie go na tyle, żeby dostanie się do hipotetycznych
bocznych wyrobisk stało się możliwe. I to też stało się celem naszych
prac, jednak zorganizowanie i przeprowadzenie takiej akcji pod
względem logistycznym i technicznym okazało się bardzo trudne. Przede
wszystkim niezbędna była wydajna pompa głębinowa żeby osuszyć szyb
a także odpowiedni system bloczków, który umożliwiłby wyciąganie z
dołu drewnianych bel i skalnego gruzu. Kiedy wszystko udało się już
zorganizować i dokładnie zaplanować doszły nas słuchy że w sztolni coś
się dzieje. Okazało się że kiedy my dopinaliśmy wszystko na ostatni
guzik jakaś inna ekipa częściowo wypompowała wodę z szybu i przebiła
zator na 15 metrze. Niżej szyb posiadał już zachowany w bardzo dobrym
stanie drewniany przedział drabinowy z podestami, a samo wyrobisko
udało się wtedy odwodnić do głębokości około 19m. Niestety w rezultacie dalszych ich niezwykle nieudolnych,
nieprzemyślanych a wręcz głupich działań "korek" z 15 metra zamiast zostać delikatnie rozebrany i usunięty z szybu, został
po prostu ordynarnie zepchnięty w dół. Spadające w głąb szybu belki i kamienie prawie całkowicie zarwały wspomniany
wcześniej przedział drabinowy. Tony elementów drewnianej obudowy i skał runęły razem w dół a następnie spoczęły na dnie
szybu, na zawsze przekreślając szanse na łatwą i szybką eksploracje tego miejsca. Po tym zdarzeniu dyletanci
odpowiedzialni za tę katastrofę odpuścili temat na jakiś czas, szkoda tylko że tak późno. Niezrażeni tą sytuacją

postanowiliśmy nie zmieniać własnych planów i ostatecznie na
przełomie 2008 i 2009 roku pojawiliśmy się pod sztolnią na Wołowcu.
Już na miejscu niemało czasu zeszło nam na przygotowanie całej
operacji wypompowywania wody z szybu. Najpierw poszerzony został
ciasny wylot sztolni żeby usprawnić transport sprzętu do środka,
następnie na niewielkiej platformie stanęły generatory prądu. Dużej
mocy do zasilenia pompy i mniejszy do zasilania oświetlenia, w sztolni
rozwinęliśmy wąż dla pompy i kable zasilające. W komorze na końcu
wyrobiska stanął reflektor halogenowy i wreszcie kiedy w sztolni było już
jasno mogliśmy przystąpić do najtrudniejszego zadania, mianowicie
opuszczenia pompy w głąb szybu. Nie było to proste, ponieważ do
pompy opuszczanej na stalowej lince podłączony był też wąż a także
kabel zasilający. Wszystkie te ciągi musiały być opuszczane równomiernie i wymagało to niemałej synchronizacji. Kiedy
pompa spoczęła wreszcie w okolicy dna mogliśmy zaczynać, chwile później z drugiej strony węża popłynął wartki strumień
wody. Wszystko zadziałało zgodnie z planem, jednak czekały nas teraz długie godziny zanim szyb się odwodni. Kiedy
zaczynaliśmy pompowanie lustro wody znajdowało się jakieś 5m poniżej wylotu szybu a pompę osadziliśmy na głębokości
25m, aby lustro wody opadło do tego poziomu trzeba było usunąć około 80m3 wody. W raz z upływem czasu spod wody
zaczęły się wyłaniać resztki zniszczonego przedziału drabinowego, miejscami zawieszone jeszcze na drewnianej konstrukcji

obudowy szybu. W końcu poziom wody opadł na tyle że pompa zaczęła
się zapowietrzać, wtedy szybko zjechałem na dół szybu żeby opuścić ją
niżej. Wpychając pompę głębiej pod wodę poczułem że zaczyna
zahaczać o jakieś elementy znajdujące się na dnie, co wskazywało że
już niewiele nam brakuje. Kiedy wyszedłem z powrotem do góry
mogliśmy pompować dalej, ale niespełna dwie godziny później pompa
znów się zapowietrzyła. Na dnie nie było już wtedy widać błyszczącego
w świetle latarek lustra wody, tylko gąszcz drewnianych belek.
Wyłączyliśmy pompę i dwie osoby zjechały na dół, widok jaki tam
zastaliśmy nie był przyjemny, dno szybu wypełnione było ogromną ilością
wymieszanych ze sobą belek, desek i połamanych drabin. Cały ten
bałagan zaczynał się już od głębokości około 25,5m i przypominał
trochę wielkie poklinowane między sobą bierki. Pompa leżała z boku szybu wciśnięta sporo między belki a lustro wody
udało się obniżyć ostatecznie do głębokości 27m. Niestety aby umieścić pompę głębiej i dokładniej przyjrzeć się tej
najniższej części wyrobiska, konieczne było choć częściowe oczyszczenie dna szybu. Jednak dopiero stojąc na dole
zdaliśmy sobie sprawę jak niesamowicie trudne będzie to zadanie. Szyb miał prawie 30m, to tyle co 10 piętrowy budynek, a
jego górne partie pełne były zaklinowanych za drewnianą obudową kamieni i mniejszych desek które mogły przy
najmniejszym uderzeniu odpaść. Jasne stało się że podczas wyciągania czegokolwiek do góry nikt nie może zostać na
dole, dodatkowo namoknięte drewno na dnie było potwornie ciężkie. Pomału docierało do nas że pomysł wyciągania tego
wszystkiego ręcznie za pomocą liny i systemu bloczków to czysta utopia. Niestety sprawa nas w tym momencie przerosła i
trzeba było to sobie jasno powiedzieć. Po wyjściu do góry podzieliliśmy się z resztą ekipy naszymi przemyśleniami, po
chwili burzliwej dyskusji postanowiliśmy że teraz kończymy, ale nie poddajemy się i następnym razem wracamy z
wyciągarką elektryczną.

Po zakończeniu akcji i dokładnym przemyśleniu całej sprawy doszliśmy do wniosku że kolejnym naszym krokiem,
powinno być przeprowadzenie dokładnych pomiarów w celu ustalenia lokalizacji sztolni z szybem względem tunelu
kolejowego. Dzięki temu dowiemy się, jaką maksymalną głębokość może mieć szyb a także jak daleko znajduje się od
tunelu. Niedługo później znów spotkaliśmy się na Wołowcu, tym razem w celu skartowania obiektu. Po wytyczeniu
odpowiedniego ciągu azymutowego i wstępnej obróbce danych przez naszego kartografa wszystko stało się jasne. Szyb
znajdował się 140m od wylotu tunelu i 30m na południowy-zachód od niego (plan nr 2). Natomiast różnica wysokości

pomiędzy spągiem sztolni, czyli poziomem wylotu szybu a poziomem
torów kolejowych w tunelu wynosi 29m. Tak więc szyb może mieć nie
więcej niż 29m głębokości, ponieważ spąg tunelu kolejowego jest
poziomem najniższego naturalnego odwodnienia i planowanie jakiegoś
obiektu podziemnego w tej okolicy poniżej tego poziomu byłoby
niedorzeczne. Pomiary pokazały jak niewiele nam zabrakło ostatnim
razem i jak niewiele brakuje do rozwiązania tej zagadki, a to jeszcze
bardziej nas zmotywowało do działania. Ponadto udało nam się też
natrafić w tunelu na pewną ciekawostkę, w jego stropie odnaleźliśmy
obrys zamurowanego piaskowcowymi blokami otworu o beczkowatym
kształcie. Natomiast na powierzchni w tym miejscu napotkaliśmy sporą
hałdę urobku, wszystko więc wskazuje że są to pozostałości po kolejnym
szybie. Wyrobisko najprawdopodobniej powstało w czasie budowy tunelu w celu szybszego usuwania urobku, jednak po
sondowaniu jego wylotu stalowym prętem szybik okazał się zasypany (plan nr 3). W międzyczasie w sztolni znów kilka razy
pojawili się nasi trefni "zmiennicy", ci sami ludzie te same samochody. Próbowali osuszyć szyb ale jakoś nie bardzo to im
szło, w rezultacie tych swoich wycieczek całkiem już zarwali te resztki podestów które się jeszcze w szybie uchowały.
Zostawili też w sztolni przeraźliwą górę śmieci, naprawdę tylko kondomów tam brakowało, szkoda słów. Nie zważając na ich
poczynania zabraliśmy się za planowanie i organizacje sprzętu do właściwej akcji oczyszczenia szybu. Samą

wyciągarkę udało się załatwić dość szybko,
potrzebne też było kilka worów jaskiniowych, w
nich planowaliśmy transportować drobniejszy gruz
z dna szybu. Cała operacja zapowiadała się na
bardzo skomplikowaną, więc postanowiliśmy
przeprowadzić ją wspólnie z wałbrzyskimi
grotołazami a także Wrocławską Grupą
Eksploracyjną (Dream Team). Prace planowaliśmy
prowadzić trzy dni bez przerwy, najtrudniejsze w
całym przedsięwzięciu okazało się ustalenie
takiego terminu żeby pasował członom wszystkich
trzech ekip. W końcu jednak się udało i pod koniec
wakacji 2009 roku w mocnym składzie po raz
kolejny zawitaliśmy na Wołowcu, z silnym
postanowieniem rozwiązania zagadki do końca.
Akcja zaczęła się w standardowy sposób, po etapie rozstawiania całego sprzętu i wielogodzinnego wypompowywania
wody dno szybu ponownie zostało osuszone a my mogliśmy się wreszcie zabrać za montaż wyciągarki. Plan był taki że
wyciągarką która może udźwignąć naraz kilkaset kilogramów, będziemy transportować materiał z dna szybu a liną osobę
która będzie pracować na dole. Kiedy sprzęt był już gotowy na dnie znalazł się pierwszy ochotnik i zaczęła się wreszcie
zasadnicza część naszych prac. Na początku do góry powędrowały duże belki i drabiny, kamienie i mniejsze deski były
pakowane do worków jaskiniowych i tak wysyłane do góry. Warunki pracy na dole nie należały do łatwych, wszystko leżało

poklinowane między sobą i dodatkowo oblepione jeszcze śliskim
błotem. Często niełatwo było wyswobodzić pojedynczy element żeby go
potem podpiąć do liny od wyciągarki. Uciążliwa okazała się również
woda spadająca z wyższych partii szybu, przez nią nie opuszczało nas
uczucie jakbyśmy pracowali w ciągłym deszczu. Jednak "załoga
nadszybia" też nie miała lekko, przed każdym transportem urobku
"dołowy" musiał zostać ręcznie wyciągnięty liną prawie 30m do góry, nie
należało to do lekkich zajęć. Godziny mijały bardzo szybko, równie
szybko rosła hałda wydobytego z szybu rumoszu i drewna. Późnym
wieczorem po zakończonej pracy przyszedł czas na grilla, piwo i
odpoczynek. Nie zabrakło też opowieści o zaginionych depozytach,
eksploracji i dawnych przygodach, później wszyscy zapadli w głęboki
sen, bo rano czekała nas znów ciężka praca. Przez noc poziom wody w szybie praktycznie się nie podniósł, więc rano
mogliśmy kontynuować bez przeszkód. Schemat pracy był niezmienny: załadunek, transport do góry i rozładunek, dzięki
wielu takim cyklom z biegiem czasu poziom dna szybu powoli, ale nieustannie się obniżał. W końcu ostatniego dnia prac,
kiedy czas przeznaczony na całe nasze przedsięwzięcie dobiegał już powoli końca. A boczny chodnik którego tak zawzięcie
szukaliśmy na dnie szybu dalej się nie pojawiał, przyszła pora na ostateczne pomiary głębokości. Okazało się że
obniżyliśmy dno szybu z poziomu 25,5 do głębokości 27,5m na której znajdowało się również lustro wody. Natomiast z

wcześniejszych pomiarów położenia szybu względem tunelu, wynikało że szyb nie może
być głębszy niż 29m bo wtedy osiąga poziom torów kolejowych. Czyli do dna szybu
brakuje 1,5m przy czym standardowe wyrobisko ma 2m w szczególnych przypadkach
1,8m wysokości. Więc jeśli od szybu odchodziłyby jakieś chodniki to już powinny
wystawać ponad poziom pozostającego jeszcze na dnie rumoszu. Kolejnym krokiem było
sondowanie dna szybu za pomocą stalowego pręta, pionowo w dół zagłębiał się na
około metr, co zgadzało się z naszymi przypuszczeniami co do głębokości szybu. Jednak
wbijany pod kątem, tak żeby zbadać głębiej ociosy szybu niestety nie napotkał żadnej
pustki i uparcie zgrzytał o litą skałę. W tym momencie zaczęła docierać do nas
nieprzyjemna prawda, szyb okazał się po prostu ślepy. Nie było złudzeń, nie było mowy o
pomyłce, pozostało nam tylko pogodzić się z faktami, zdemontować sprzęt i zakończyć
akcję.

Rozpoczynając prace w tym miejscu liczyliśmy na dotarcie do podziemnego obiektu z
czasów II wojny światowej, o którego istnieniu świadczyły zresztą całkiem mocne
przesłanki. Niestety jak się okazało po oczyszczeniu szybu nie prowadzi on do żadnych
innych wyrobisk, można by więc uznać że nasza operacja zakończyła się fiaskiem. Ale
według mnie nie do końca, bo przecież przez wiele lat szyb na Wołowcu spowity był
gęstą mgłą tajemnicy. Powstawały na jego temat rozmaite teorie, historie o skarbach i
tajnych podziemnych instalacjach, wręcz miejscowe legendy, no i wreszcie wiele osób zadawało sobie po prostu pytanie:
"co tam jest?". I jaki by nie był finał tej historii to jednak rozwiązaliśmy wielką zagadkę, która od dawna spędzała sen z
powiek wielu badaczom i eksploratorom. Jednak cały czas ciekawostką pozostaje, po co taki obiekt został w ogóle
wykonany? I z jakiego powodu bito szyb ze sztolni przebiegającej zaledwie na głębokości 5-7m a nie bezpośrednio z
powierzchni ziemi? Przecież takie rozwiązanie byłoby na pewno prostsze i tańsze... Najprawdopodobniej wyrobiska te
pochodzą z czasów budowy pierwszego tunelu, czyli z II połowy XIX w. Stan szybu wskazuje dodatkowo, że prace nie zostały

zakończone a z jakiegoś powodu przerwane we wczesnej fazie budowy.
W związku z czym bardzo ciężko wnioskować jakie miało być
ostateczne przeznaczenie tej budowli. Na sam koniec warto poruszyć
jeszcze jedną sprawę, ostatnio czytając "Odkrywcę" a konkretnie numer
2/2011 natknąłem się na artykuł pod tytułem "Veni, Vidi... Wołowiec"
autorstwa Pawła Rodziewicza. Traktuje on ogólnie o temacie tunelu
kolejowego pod Wołowcem ze szczególnym uwzględnieniem naszego
znajomego szybu. Pomijając już dość niski poziom merytoryczny tekstu,
zwrócił moją uwagę przewijający się przez cały artykuł silnie zaznaczony
przez autora wątek "badań" tunelu kolejowego pod Wołowcem, a
przede wszystkim szybu w sztolni nad tunelem. Miały być one
prowadzone w latach 2008-2009 przez stowarzyszenie o nazwie:
"Dolnośląskie Towarzystwo Historyczne", którego zresztą Rodziewicz jest prezesem. Po tej lekturze zrozumiałem że ci
osobnicy, których kilka razy spotkaliśmy na Wołowcu, odpowiedzialni między innymi za zarwanie przedziału drabinowego w
szybie (o czym pisałem wcześniej) to osoby związane z DTH! Jednak to jeszcze nic, to zdanie Pana Rodziewicza urzekło
mnie najbardziej: "Udało nam się jednoznacznie wykluczyć istnienie bocznych korytarzy w szybie nad tunelem, dzięki
wypompowaniu wody oraz częściowemu usunięciu zalęgających w nim pozostałości w postaci resztek obudowy i odłamków
skalnych". Co by nie mówić o DTH to tupetu im nie brakuje: najpierw zrujnowali unikatowe wyrobisko utrudniając jego dalszą
eksploracje, a potem opisali to jeszcze w prasie przypisując sobie dokonania innych, słowem strzał w stopę w pięknym
stylu. My mamy dość duży dystans do tej sprawy, bo Wołowiec dla SGE to tylko epizod, wiele ich było i wiele ich jeszcze
będzie. A panom z DTH proponuje nabrać trochę doświadczenia i zrealizować jakiś swój projekt, bo uwierzcie, własne
osiągnięcie smakuje o wiele lepiej niż przypisanie sobie czyjegoś.

Aust

©Aust 2011